Czerwone Gitary – To właśnie my

Pierwszy informator
o zespole napisał
Jerzy Kosela
(pseud: Kossela):

Prezentacja zespołu: Bernard Dornowski
o Benku ciąg dalszy…
o Krzysztofie Klenczonie i o sobie – Jerzym Koseli…
Zespół wokalno-instrumentalny C-G powstał oficjalnie dnia 3.01.65 r. w Sopocie założony przez J. Kosselę przy dużym współudziale B. Dornowskiego, K. Klenczona, H. Zomerskiego. Początku zespołu należy jednak szukać dużo wcześniej, kiedy to w marcu 1963 r. z zespołu N-C odeszli B. Dornowski (voc.), M.Szczepkowski (voc.), D. Danielowski (p) , J. Kowalski (dr), H. Zomerski (g.bas). Osoby te przy współudziale M. Sikorskiego i J. Kosseli postanowiły stworzyć zespół amatorski „Pięciolinie”. Miał to być tzw. zespół przejściowy aż do chwili stworzenia zespołu właściwego o charakterze zawodowym. Celem zespołu: – wspólne muzykowanie ze sobą w celu wypracowania własnego stylu i charakteru, podnoszenie umiejętności muzycznych, – zdobycie odpowiedniego sprzętu elektroakustycznego. W tym celu pieniądze zarobione przez członków zespołu miały być przeznaczone na ten cel. W statucie zespołu był jeszcze jeden punkt: – praca w zespole nie może kolidować z nauką. Niestety zespół popełnił duży błąd, opiekunem zespołu została osoba nie mająca ku temu warunków. W tej sytuacji niektórzy członkowie zespołu zrozumieli, że nie osiągną tego czego zamierzali i wycofali się, byli to: D. Danielowski (obecnie marynarz), J. Kowalski (inżynier), M.  Szczepkowski (marynarz). Na ich miejsce zostali przyjęci J. Skrzypczyk i S. Krajewski. Wobec takiego rozwoju sytuacji tzw. Grupa X (Dornowski, Kossela, Klenczon, Zomerski) postanowiła stworzyć nowy zespół jesienią 1965 r., kiedy to Zomerski i Skrzypczyk ukończą szkołę, a w rok później przyłączyłby się Krajewski. Rozwój sytuacji był jednak inny.” [pisownia oryginalna]
o Sewerynie Krajewskim, Jerzym Skrzypczyku i Leszku Pisarku…
o historii zespołu i trasie koncertowej…
o planach koncertowych i wydawniczych…
Program koncertu z 30 VI 1964

Seweryn Krajewski:

W 1964 Kossela wyszedł z wojska i zaczął budować nowy zespół: postanowił stworzyć go z części Pięciolinii. W dniu moich urodzin, 3 stycznia następnego roku, w kawiarni Cristal we Wrzeszczu, spotkali się ludzie z tego przyszłego zespołu, ja też tam byłem i był pan Franciszek Walicki, mocno zaangażowany w muzyczny ruch młodzieżowy: pisał teksty piosenek, więc mu zależało, żeby nowe zespoły je wykonywały. I tak powstały Czerwone Gitary – właśnie na tym spotkaniu – w składzie: Jerzy Kossela, Henryk Zomerski, Krzysztof Klenczon, Bernard Dornowski, Jerzy Skrzypczyk oraz ja – tylko że ja jeszcze nie grałem na żadnym instrumencie, byłem solistą, wokalistą. Myślę, że mój repertuar był wtedy dla zespołu dość ważny. Szczególnie, że naszym założeniem było, żeby grać i śpiewać swoje własne piosenki, co wtedy było ewenementem. Czyli koniec z coverami. No, ewentualnie jakaś wiązanka Beatlesów, Ray Charles też tam się przewinął, ale to tak dla zabawy. Byłem w tym zespole trzy miesiące, w szkole przede mną egzaminy – nie wchodziło w grę, żebym mógł jeździć po Polsce. A to miał być zespół zawodowy, czyli: koncerty w kraju, jazda z miasta do miasta, hotele i tak dalej. No i pojechali – i tak się rozstaliśmy. Ale po wakacjach kierownictwo Czerwono-Czarnych postanowiło odmłodzić ich skład, zaproponowało mi współpracę, więc się zgodziłem – grałem z nimi do grudnia 1965.

Na początku ja i Jurek Skrzypczyk używaliśmy pseudonimów. Ja sobie wymyśliłem Robert Marczak, a Jurek – Jerzy Geret. Chodziło o szkołę, bo wtedy nie wolno nam było występować. Zarzucano nam, że gramy w nocnym lokalu. A myśmy grali w Non-Stopie, dla młodzieży, od siódmej czy ósmej, najpóźniej do dziesiątej wieczorem do tańca. Kiedy rozpoczął się rok szkolny, Jurka i mnie postawiono na apelu przed wszystkimi uczniami i powiedziano, że otrzymujemy naganę – ale za okres wakacji. Wszyscy parsknęli śmiechem.

Oczywiście w Non-Stopie dawano nam cynk, że zbliża się dyrektor i od razu nas nie było. Chłopaki dalej grali, ktoś siadał za perkusją i uderzał w stopę, ktoś inny grał na gitarze. Jaka była niewiedza tych ludzi ze szkoły muzycznej! Nie wiedzieli, na czym to polega: że zespół bigbeatowy to jest perkusja, gitary. Oni w ogóle nie mieli pojęcia, że coś dziwnego na tej scenie się dzieje. Pan dyrektor popatrzył: nie ma Krajewskiego i Skrzypczyka, nie grają w lokalu nocnym, no i dobrze… Jak tylko wychodził, natychmiast byliśmy z powrotem na swoich miejscach.

Debiutancką płytę – tak zwaną epkę, czyli „czwórkę” (N 0373: Pluszowe niedźwiadki; Bo ty się boisz myszy; Licz do stu; Taka jak ty) Czerwone Gitary nagrały w dniach 10–13 listopada 1965. Wydał ją Pronit – dokładnie: Zakłady Tworzyw Sztucznych Pronit-Erg w Pionkach koło Radomia. Nagrania dokonano w składzie: Jerzy Kosela, Krzysztof Klenczon, Bernard Dornowski (śpiew, gitary), Henryk Zomerski (gitara basowa) oraz Jerzy Skrzypczyk (perkusja, śpiew).

Na na drugą „czwórkę” zespołu (Pronit N 0398) złożyły się nagrania: Jesienny dzień z następnej sesji (Seweryn Krajewski mógł pojawić się w studiu dopiero 15 marca 1966), Dziewczyna z moich snów, Mówisz, że kochasz mnie jak nikt i Hosa-dyna (nagrane 27 listopada 1965 w Polskich Nagraniach w Warszawie).

„To właśnie my”

muz. Krzysztof Klenczon, Seweryn Krajewski, sł. Seweryn Krajewski

To znowu my, to właśnie my!
Tak – to właśnie my!
Cała piątka znów przed Wami.
Tak – to właśnie my!
Już zabawę zacząć czas.

Kto chce posłuchać nas,
Kto chce się bawić tak jak

My – jak właśnie my,
Niech odrzuci troski na bok.
Czas nie liczy się
Kiedy zaczynamy grać.

Choć na kilka chwil
Zapomnijcie o zmartwieniach,
Bo możecie dziś
Razem z nami bawić się.
Kto chce posłuchać nas,
Kto chce się bawić tak jak
My – jak właśnie my,
Niech odrzuci troski na bok.
Nic nie liczy się
Kiedy zaczynamy grać.

Nierzadko smutne dni;
Czas jednak zatarł wszystko
I dziś przed Wami znowu my.
Tak – to właśnie my!
Cała piątka znów przed Wami.
Tak – to właśnie my!
Już zabawę zacząć czas.
Kto chce posłuchać nas,
Kto chce się bawić tak jak my,
Jak właśnie my –
Niech odrzuci troski na bok.
Czas nie liczy się Kiedy zaczynamy grać.

To właśnie my!
To właśnie my!
To właśnie my!

Od 4 do 6 października 1966 roku Czerwone Gitary (występując w składzie: Bernard Dornowski (gitara i wokal), Krzysztof Klenczon (gitara i wokal), Jerzy Kossela (gitara i wokal), Seweryn Krajewski (bas i wokal) oraz Jerzy Skrzypczyk (perkusja i wokal), zarejestrowały longplay „To Właśnie My”. Pronit wydał płytę w pierwszym nakładzie 160 tysięcy egzemplarzy. 

Balerinki z tenisówek

Maria Szabłowska

Pamiętam, jak moja mama robiła sobie modne wtedy balerinki ze zwyczajnych białych tenisówek. Wycinała tę część, gdzie są dziurki i sznurowała na okrągło, obszywała to taśmą, żeby nie było wystrzępione i malowała na czarno. Wtedy nazywało się to trumniakami. A jak chciała, żeby balerinki były białe, to malowała je pastą do zębów. Modne były też spódnice na halkach, które robiło się z firanek. Trzeba było mieć dużo wyobraźni, żeby sobie w miarę modną rzecz skompletować. Ale kobiety chodziły bardzo fajnie ubrane. Była też Moda Polska, która miała swoje kolekcje. Tam królowała Jadwiga Grabowska, która jeszcze przed wojną pobierała w Paryżu nauki z dziedziny mody – to była taka nobliwa moda. Potem pojawiły się młode projektantki Barbara Hoff i Grażyna Hase. Grażyna Hase i jej ówczesny mąż Wowo Bielicki nawet połączyli modę z muzyką. Były takie spektakle Muzyka i moda, w których występowały zespoły mocnego uderzenia, a modelki chodziły i pokazywały kolekcje. Była też kolekcja Grażyny Hase, gdzie dziewczyny nosiły serdaki haftowane po góralsku do minispódniczek i do butów za kolana. Żeby w polskich realiach takie buty wyprodukować?! Ale one były!

Ach, te prywatki!

Maria Szabłowska

Wtedy na prywatkach trzeba było samemu zatroszczyć się o muzykę, czyli płyty. Kto miał lepszą płytę, ten był fajniejszym gościem. Chociaż jeśli się miało taką superpłytę, to niechętnie się ją nosiło na prywatkę, żeby się nie zarysowała. Naprawdę dobre longplaye, na przykład Beatlesów – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band – brało się pod pachę i wędrowało trasą Nowy Świat-Krakowskie Przedmieście, żeby wszyscy widzieli. Ale w przypadku Czerwonych Gitar, to kiedy ich płyty się ukazywały, trzeba było lecieć szybko do sklepu, bo w mgnieniu oka wykupywano cały nakład.

Były tak zwane ciuchy – bazary, na których sprzedawano ubrania z paczek przysyłanych zza granicy, z Anglii, ze Stanów Zjednoczonych, z Francji. Niektóre panie miały stałe dostawy tych paczek, można było naprawdę fajne rzeczy wygrzebać. Tradycja kupowania „na ciuchach” istniała od dawna, jeszcze w latach pięćdziesiątych czytałam o tym w Dziennikach Tyrmanda. On też kupował „na ciuchach” jakieś samodziałowe marynarki. Żeby być dobrze ubranym, trzeba było mieć dobrą krawcową i uszyć coś, co się gdzieś zobaczyło. Żurnali nie było… ale pojawiły się Empiki, czyli Kluby Prasy i Książki, i tam były czytelnie, gdzie można było czasami znaleźć jakieś zagraniczne czasopisma. I stamtąd czerpało się wzory…